czwartek, 7 kwietnia 2016

INDIA WELCOME

Jesteśmy. Na granicę przybyliśmy w dobrych humorach. Znajoma droga do Wagah, miłe rozmowy w autobusie z kanarem i dziewczynami, które właśnie miały test z chemii, znajome przejście graniczne. Tym razem obyło się bez parad, bez skandowania "Niech żyje Pakistan" i odpowiedzi "Niech żyją Indie" dobiegających z drugiej strony granicy. Po prostu spokojnie, w upale, w pustce szliśmy przed siebie, do końca, na drugą stronę. I oto jesteśmy. W Indiach.

Jedyne przejście graniczne między Pakistanem a Indiami... niezbyt uczęszczane

Takie uczucie, że właśnie osiągamy cel podróży, mimo że do jej końca jeszcze spokojnie miesiąc lub więcej. Przebyliśmy z górką 11.000 km lądem, czyli da się. Teraz pozostało nam chłonąć Indie i cieszyć się z realizacji marzenia :)


Na pierwszy ogień przychodzą nam do głowy porównania z Pakistanem. Tutaj jest głośniej, tam jest czyściej, tutaj kobiety jeżdżą na motorach, tam banany są droższe, tutaj tuk-tuk dużo tańszy itp itd. Prosta arytmetyka w podróży. Uproszczona. Mamy jednak tylko swoje doświadczenia pod ręką i to nam musi na ten moment wystarczyć. Tylko żeby pamiętać, że to tylko nasze doświadczenia a nie prawda o miejscu. Jak mantra to sobie powtarzam. Witajcie Indie, czas was lepiej poznać :)

środa, 6 kwietnia 2016

Pożegnanie z Pakistanem

Nasza krótka wizyta w Pakistanie dobiega końca. Czas podsumowań. Myślałam, że będzie tutaj inaczej i że inaczej będę się tutaj czuła. Jechaliśmy tutaj z zafascynowaniem ale też z niepokojem. Obawiałam się, że nasiąknięta negatywnymi komunikatami z mediów, stanę się tutaj niespokojna i nieufna. Nic z tego. Kolejne osoby spotykane na naszej drodze tworzyły atmosferę bezpieczeństwa i sprawiały, że czuliśmy się w Paku naprawdę dobrze, na miejscu. Zasada otwartego serca naprawdę działa.

Ludzie często pytali, co myślimy o ich kraju. Podtekst oczywisty: Wiemy, co mówi się o Pakistanie za granicą, przekonałaś się, że jest inaczej, prawda? Tak, jest zupełnie inaczej i czuję się zobowiązana, by przekazywać to dalej. I jest mi wstyd, kiedy myślę o tym, że podczas podróży, kiedy spotkaliśmy się z takim dobrym i troskliwym przyjęciem, w Warszawie pobito na ulicy Pakistańczyka ot tak, po prostu, za odcień skóry, religię, pochodzenie.

W drodze wiele osób podchodziło do nas, pozdrawiało i zaczynało rozmowę. Nie wszystkie z tych rozmów pamiętam, nie wszystkie też rozwinęły się w pełny dialog. Czasami przeszkodą był język, czasami po prostu zmierzanie w innym kierunku. Jedną rozmowę jednak zapamiętam na długo. Z pociągu do Lahore, z Naaimem.

Długo musiał przekonywać policjantów, by pozwolili mu usiąść obok nas choć na chwilę (środek zapobiegawczy przed tworzeniem się tłumu dookoła nas - moim zdaniem wyraz nadopiekuńczości). W końcu jednak udało się, usiadł obok i płynną angielszczyzną wypowiedział te zdania, które urywkowo słyszeliśmy w różnych innych sytuacjach od innych osób. Emocje wylały się z ust, każda minuta była ważna, bo miał ograniczony czas, a tak dużo trzeba przekazać.

Witajcie w Pakistanie. Cieszę się, że tu jesteście. Możecie na własne oczy zobaczyć, jak żyjemy, kim jesteśmy. Po powrocie do Polski opowiadajcie innym osobom o tym, czego tu doświadczyliście. Zachęcajcie innych, by nas odwiedzali, by ludzie w końcu przestali wierzyć w ten obraz Pakistanu promowany w mediach na świecie. By sami zobaczyli.
Nie jesteśmy terrorystami. My również padamy ofiarą terrorystów. Widzisz, w taki sam sposób współczuję ludziom z Brukseli, jak i tym [którzy zginęli w zamachu terrorystycznym] w Lahore. I też tak samo jak wy obawiam się, że stanie mi się krzywda lub moim bliskim, ze względu na działania tych, którzy wykorzystują imię mojego boga do swoich celów. Tak samo jesteśmy narażeni na ich złe działania.
W naszej religii padają takie słowa: Uratowanie życia jednemu człowiekowi, to jak uratowanie całej ludzkości. Nie - "muzułmanina", ale po prostu człowieka. Mocno w to wierzę. Studiuję medycynę i jak już będę lekarzem, wyjadę leczyć na wieś - tam, gdzie ludzi nie stać na to, by dostać się do szpitala w mieście. Życie każdego człowieka jest wartościowe - niezależnie od religii. To jest mój przekaz. Zapamiętajcie to i dzielcie się nim, jak wrócicie do Polski.

To właśnie czynię, jeszcze przed powrotem do Polski, ale już jedną nogą w innym kraju. Doświadczenie pakistańskie było krótkie, mam nadzieję, że jeszcze tu wrócę, by w pełni doznać niesamowitego potencjału tego kraju. I mam nadzieję, że będąc już w domu, w podobny sposób będę potrafiła witać przyjezdnych. Nawet drobne gesty pomocy się liczą, tworzą dobry klimat i sprawiają, że można w obcym kraju poczuć się bezpiecznie. 

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Murree i Patriata - różne punkty widzenia

Murree powstało w połowie XIX wieku jako sanatorium. Odpoczywali tu brytyjscy żołnierze stacjonujący na co dzień w okolicach dzisiejszej granicy z Afganistanem. Rześkie powietrze być może leczyło ich z PTSD, być może z wyrzutów sumienia wywołanych poczynaniami królestwa w tym rejonie. Obecnie Murree jest popularną miejscowością turystyczną dla mieszkańców Islamabadu czy Lahore, chcących odetchnąć pełną piersią i spojrzeć prosto w oczy Himalajom. Miejsce to odwiedzają również Pakistańczycy mieszkający na stałe za granicą, w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych. Trafiliśmy tam i my. Zbłąkane owieczki, jedyni nie-z-Pakistanu.

W samym Murree nie znaleźliśmy wiele do zobaczenia. Ale zaczynają się tutaj łatwe szlaki prowadzące do paru punktów widokowych. Odwiedziliśmy Kashmiri Point, gdzie znaleźliśmy polanę nad urwiskiem, zalaną słońcem, z której roztaczał się widok na cały północny Pundżab. Dzięki dobrej widoczności widzieliśmy również ośnieżone szczyty Himalajów. Usiedliśmy na polanie i po raz pierwszy od dawna otaczała nas cisza, natura i zero ludzi. Z oddali dochodziły do nas tylko odgłosy psów i domostw po drugiej stronie doliny.


Kolejnego dnia było tylko lepiej. Wybraliśmy się do Patriaty (tzw. New Muurre), by spojrzeć na okolicę z lotu ptaka (= kolejka linowa). Cicho sunące krzesełka nad drzewami iglastymi, z nienacka otwierające się bezkresne przestrzenie, po prawej, po lewej, widok na Kashmir, na Pakistan, na Indie, na góry. Jak do tej pory największe wow podczas tej podróży.



Dzień spędziliśmy w towarzystwie Jaseera. Stworzyliśmy trio, które próbowało dogadać się z kierowcą minibusika-taksówi. Ostatecznie negocjacje zakończyły się fiaskiem i pojechaliśmy autobusem. Jaseer mówi płynnie po angielsku, mimo że do tej pory nie miał okazji, by korzystać z języka w praktyce, w bezpośredniej rozmowie. Szacun. Priorytetem jest dla niego niezależność. Nie wziął posady w firmie ubezpieczeniowej, którą oferował mu jego tata. Wyprowadził się od rodziców i samodzielnie próbuje kształtować swoją ścieżkę kariery. Właśnie zdał potrzebne egzaminy, by zostać policjantem. Nie mógł zrozumieć, z jakiego względu nasze oszczędności wydajemy na taką podróż. Co zyskujemy? Moglibyśmy przecież założyć jakąś firmę i dobrze się ustawić na przyszłość. Nasze argumenty były z innego porządku logicznego. Zyskujemy doświadczenie, unikatową wiedzę, osobisty punkt widzenia na "sprawy świata" - zyski trudne do wycenienia. A jednak w paradygmacie, w którym działamy, myślę że zaowocują i w ostatecznym rozrachunku rzeczywiście okażą się "inwestycją" a nie tylko "wydatkami". Time will tell...


Szczegóły praktyczne: Murree ma dwie części - położoną niżej (tańszą, nocowaliśmy płacąc 1000 rupii za pokój dwuosobowy, ponoć można taniej) i położoną wyżej (droższą, 3000 - 6000 rupii za pokój dwuosobowy). Dodatkowo jest też Nowe Murree, inaczej zwane Patriatą - położone dwadzieścia kilometrów dalej. To tam właśnie jest kolejka linowa. Pomiędzy miejscowościami można poruszać się taxi-minibusami (najdroższa opcja - +1000 rupii), można czekać aż się zapełni mała ciężaróweczka (tania opcja - 100 rupii), można też trafić na autobus publiczny (najtańsza opcja - 50 rupii). W Murree na dworcu najpierw natykasz się na taksówki i wszyscy zgodnie mówią, że w żaden inny sposób nie dojedziesz do Patriaty. Potem natykasz się na małe ciężaróweczki. Dopiero na samym tyle dworca jest jeden autobus, który sprawia wrażenie, że już nie pojedzie. Ale to właśnie tego szukasz :) Przejazd kolejką ma dwa etapy - najpierw jedziesz w krzesełkach, potem wchodzisz do 8-osobowej kabiny. Całość 400 rupii - absolutnie polecam.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Islamabad = Krzaki ;)

Będąc jeszcze w Lahore przez parę dni nie mogliśmy się zdecydować, w którą stronę dalej ruszyć. Na północ? Na południe? Od razu do Indii? Ta ostatnia opcja odpadła najszybciej. Pakistan jest zbyt fascynujący, by tak po prostu z niego wyjeżdżać. Zasięgaliśmy więc języka wśród innych osób nocujących w Regale Internet Inn (legendarny właściciel Malik był niestety w tym momencie nieobecny), sprawdzaliśmy prognozy pogody, czytaliśmy wiadomości, wertowaliśmy stare przewodniki z lat 90. (nowych ostatnio nikt nie wydaje) i szukaliśmy miejsca, które nas zainspiruje.

Podróż na północ, do doliny Hunzy długo była "pewniakiem" w tej gonitwie wyborów. Nie straszna nam była wciąż nienajlepsza (= chłodna i deszczowa) pogoda - to podnóże Himalajów, więc wiosna i lato przyjdą tam dopiero za miesiąc, dwa. O tym, że ostatecznie tam nie wyjechaliśmy, zadecydowała nasza niechęć do ponownego starania się o NOC, by móc podróżować w tym rejonie i wizja towarzyszących nam na każdym kroku policjantów - przyjaznych, lecz ograniczających naszą swobodę podejmowania decyzji. Taka praca (ciężka i potrzeba), ale im mniej spotkań z policją tym lepiej.

Gdybym z obecną wiedzą planowała jeszcze raz trasę przez Pakistan to wolałabym z Quetty udać się w pierwszej kolejności do Karachi na samym południu. Potem można by swobodnie skakać z miasta do miasta w kierunku północy i nie byłoby dylematu - jechać dwa razy tą samą trasą, czy nie? My (ja?) byliśmy jednak zafiksowani na Lahore, które bezsprzecznie będzie hitem naszego pobytu w Paku i chcieliśmy się tam jak najszybciej znaleźć (why oh why?). Tak oto byliśmy w genialnym Lahore i byliśmy w kropce: nie chcieliśmy zbytnio wracać się znów na południe (przez które zaledwie przemknęliśmy pociągiem i które tonie teraz w upałach), nie chcieliśmy zbytnio bawić się w papierologię na północy i nie chcieliśmy jeszcze do Indii. Zostało więc podróżowanie po Pundżabie. Ostatecznie wybór padł na stolicę - Islamabad i jego okolice.

Jesteśmy więc tu, w stolicy i czuję się jakbyśmy znajdowali się głęboko w lesie. Nie, nie... raczej w krzakach. To najdziwniejsza stolica, jaką kiedykolwiek widziałam. Intencją projektantów Islamabadu było pewnie stworzenie miasta-ogrodu. Pięknego, zaplanowanego w każdym detalu osiedla ludzkiego, harmonijnego, zapewniającego mieszkańcom i mieszkankom kontakt z naturą. Wyszło jak wyszło. A może raczej - powyższe elementy zostały spełnione, ale przypalona zupa przyrządzona w najlepszy sposób nie smakuje dobrze. Coś mi tu nie gra.

Miasto to zostało okrzyknięte w 2015 roku drugą najpiękniejszą stolicą świata (pierwszy Londyn, trzeci Berlin). Sami mieszkańcy zdziwili się słysząc ten werdykt, ale przyjęli do wiadomości i powtarzają z radością dalej. Główne kryteria: tereny zielone, mała gęstość zaludnienia, przemyślane planowanie przestrzenne, rozwinięta infrastruktura.


Wszystko ok - ale co z kryterium: miasto stworzone na miarę spacerującego człowieka? W Islamabadzie bez samochodu ani rusz. Odległości pomiędzy ważnymi elementami miasta są tak duże, że jeśli nie masz dostępu do auta, to utykasz w swoim kwartale i on staje się dla ciebie całym światem. Co więcej, podróżując pomiędzy kwartałami, czuję się jakbym cały czas jeździła przez krzaczory z jednego małego miasteczka do drugiego.

Projektanci w latach 60. zamaszyście stworzyli plan wielkiej metropolii, wpasowanej między starym Rawalpindi a górami Margalla Hills, jako regularną siatkę. Dzisiaj sprawia to wrażenie jabłecznika pociętego na kawałki ostrym nożem. Niby natura i parki narodowe dookoła, a tak tu nienaturalnie.


Fascynująca przestrzeń! W jednym momencie masz wrażenie, że miasto jest wyludnione, puste, że nic w nim nie ma, ale po chwili wjeżdżasz do wnętrza kwartału lub docierasz do parku, punktu widokowego, centrum handlowego, dworca autobusowego i oto otacza się tłum ludzi - korzystających z rozrywek i wygód miasta. Dla tego właśnie wrażenia bycia w pokręconej przestrzeni warto było tu przyjeżdżać. Dla spotkania z małpkami mieszkającymi w parku narodowo-miejskim również.

Tak to Islamabad. W drodze na punkt widokowy ponad miastem.
Kawałek fajnego trekkingu a na szczycie nagroda
w postaci stolicy widocznej jak na dłoni i park, w którym żyją sobie małpki.
Niestety nauczyły się jeść, co im ludzie podrzucą, więc jedzą głównie czipsy i ciasteczka.

sobota, 2 kwietnia 2016

Zmiana klimatu

W wioskach w okolicy Peshawaru (na zachód od Lahore, przy granicy z Afganistanem) zginęło kilkadziesiąt osób. Ale o tym nie usłyszycie w wiadomościach. Główną przyczyną śmierci tych osób były intensywne opady deszczu. Dachy wielu domostw zawaliły się pod naporem ciężkiej wody, lejącej się z nieba przez całą noc jak z cebra. Cicha śmierć podczas snu - nie odbiła się echem w międzynarodowych mediach.

W Karachi zaś (na południe od Lahore, nad morzem Arabskim / Oceanem Indyjskim) ludzie cierpią suszę. W tym kilkunastomilionowym mieście wyschły studnie, skończyły się zasoby wody pitnej, tysiące osób nie mają wody w kranach. Rząd próbuje dystrybuować wodę. Ludzie czekają w kolejkach z pustymi baniakami w rękach, ale dla wielu osób wody nie starcza. Tak, dzisiaj znów jest 30 stopni, ale wody nie będzie. Ludzie tracą cierpliwość. Zaczynają protestować. I o tym jest ten film (Channel 4 News: Karachi's climate change disaster). Krótki, obejrzyj.

Pakistan jest czołówce krajów, które narażone są na dotkliwe skutki zmiany klimatu. Ze względu na zmieniające się wzorce pogodowe musi radzić sobie i z suszą i powodzią jednocześnie. Widać to nawet na przykładzie tych dwóch wydarzeń, które przytoczyłam. Tam, gdzie zazwyczaj było ciepło i sucho, jest jeszcze cieplej i jeszcze bardziej sucho. Tam gdzie zazwyczaj było dużo opadów jest ich jeszcze więcej. Do tego stopnia, że ludzie przestają sobie z tym radzić. Strategie odpowiadania na suszę czy powódź wypracowane przez tysiąclecia tracą moc, są nieskuteczne.

I niestety z tego względu umierają ludzie. Nie jest to tego typu śmierć jak w zamachu terrorystycznym - niespodziewana, tragiczna, jak z horroru. Media nie radzą sobie z szybkim wskazaniem osób odpowiedzialnych. Zmiana klimatu nie wysyła komunikatu do mediów, tak jak robią to talibowie czy ISIS. Nikt nie ułatwia informowania o stanie rzeczy. Kto będzie w dwukolumnowym artykule w gazecie tłumaczył, że powódź ma miejsce ze względu na zmianę klimatu, ze względu na zwiększoną koncentrację CO2 w atmosferze, ze względu na emisje powstałe w wyniku działalności człowieka, ze względu na gospodarkę opartą na węglu i ropie naftowej, ze względu na interesy garstki osób, które godzą z dobrobyt ludzkości... ? Dlatego pomyślałam, że napiszę o tym na blogu z podróży.

I nie mogę nie polecić jednego serwisu w języku polskim, który dobrze tłumaczy kwestie zmiany klimatu >> naukaoklimacie.pl
Wejdź tam, jeśli przejęły cię te wiadomości z Pakistanu. Wejdź tam, jeśli powiątpiewasz w sensowność przypisywania lokalnym wydarzeniom łatki zmiany klimatu. Wejdź tam ot tak po prostu. Każdy znajdzie tam coś dla siebie :)

P.S. Myślę też, że znaczące jest to, że tutaj w Pundżabie, w Lahore nie doświadczamy żadnej z tych trudności, z którymi mierzą się ludzie w innych regionach Pakistanu. Będąc tutaj mogłabym nie zauważyć wyzwań, z jakimi mierzy się tej kraj. Mamy wodę (oprócz wodociągów korzysta się też ze zbiorników gromadzących deszczówkę). Mamy prąd (wiele miejsc korzysta z paneli fotowoltaicznych, by uniezależnić się od przerw w dostawie elektryczności z sieci. Inne miejsca korzystają z generatorów na benzynę. Tak czy owak nawet jak prądu nie ma, to jest).

Beludżystan, tam również popularne są panele fotowoltaiczne.
Ten pustynny stan ma idealne warunki do czerpania energii ze słońca. 

Jest ciepło, ale suszy nie ma (parki podlewane są systemem nawadniania kropelkowego, toną w zieleni).

Park Bagh-e-Jinnah, Lahore.
Miejsce wtychnienia dla zmęczonych pyłem i klaksonami

W samym Lahore jest 25 uniwersytetów - kontrastuje to znacząco z liczbą dzieci, która w Beludżystanie nie chodzi do szkoły (w jednym z artykułów w Dawn podano, że to nawet 80%). W Pundżabie skupia się władza i troska, inne prowincje buntują się przeciwko tej centralizacji. Taki rozdźwięk również nie pomaga w skutecznym odpowiadaniu na wyzwania, jakie pojawiają się w związku ze zmianą klimatu. Lekcja z tego doświadczenia: by poradzić sobie z wyzwaniami globalnymi potrzebujemy nie tylko solidarności na poziomie globalnym, ale i solidarności na poziomie lokalnym/regionalnym. Na każdym z nich powinniśmy dążyć do dostrzegania potrzeb innych, dostrzegania nierówności i ich niwelowania. Trochę patos, ale czuję to mocno. 

piątek, 1 kwietnia 2016

Zmiana warty

Pakistan to dla mnie państwo doświadczeń, jakich wcześniej nie zaznałam. Dla przykładu, nigdy wcześniej nie jechałam do granicy jakiegoś kraju po to, by pooglądać sobie przejście graniczne i wrócić. W Wagah to atrakcja sama w sobie.

Choć trudno mi w to uwierzyć, to codziennie, tuż przed zamknięciem przejścia na noc, odgrywany jest tam spektakl. Równorzędne role pierwszoplanowe grają w nim żołnierze pakistańscy i indyjscy. Osią przedstawienia jest pojedynek sił i konflikt tragiczny - kto jest mocniejszy i bardziej zaskakujący - czerwone pióropusze czy czarne. Bronią dopuszczoną w tej walce są... śmieszne kroki. Codziennie na amfiteatrze zasiadają setki osób i skandują na cześć swoich ulubionych bohaterów. Niech żyje Pakistan, Niech żyją Indie.




Niby Kaszmir poróżnił Indie i Pakistan, ale fakt, że tak regularnie i harmonijnie odgrywają to przedstawienie, świadczy o dużym potencjale do współpracy. I oby został on wykorzystany również w innych obszarach.

Szczegóły logistyczne: 
1. Eh, bez aktualnego przewodnika, namierzonej informacji turystycznej i dobrze poinformowanych lokalsów trudno nam było ustalić, kiedy dokładnie zaczyna się spektakl. Godzina jest ruchoma - zmienia się w zależności od pory roku. W kwietniu show rozpoczyna się około 17 czasu pakistańskiego.
2. Ze względu na rozkopaną ulicę wylotową z miasta podróż zajęła nam znacznie dłużej niż myśleliśmy. 1,5 godziny to było za mało, by przebyć 40 kilometrów i zająć dobre miejsca na trybunach.
3. Busiki prawie do samej granicy odjeżdżają regularnie z dworca kolejowego (50 rupii), potem wystarczy na spółkę z innymi osobami zamówić auto-rikshę i już prawie jesteś na miejscu. Jeszcze kilkaset metrów truchto-biegu między szlabanami, jeśli jesteś w tyle z czasem, i gotowe.
4. Jest też alternatywna trasa (przetestowaliśmy ją w drodze powrotnej). Autobusem B-22 można dojechać z przystanku Mall Road (centrum) prawie do samej granicy. Potem znów riksza. Zalety - taniej i szybciej, Ograniczenia - powodzenia w zlokalizowaniu odpowiedniego przystanku.

czwartek, 31 marca 2016

Co w trawie piszczy

Codziennie robimy prasówkę przeglądając newsy na tribune.com.pk i aljazeerze, czytając Dawn podkradziony z hostelu, w którym się zatrzymaliśmy czy rozszyfrowując artykuły z gazet, na których podają nam tłuste parathy i roti w ulicznych restauracjach.

A w gazetach...
Zamach w Lahore przeprowadzony przez pakistańskich Talibów, wspieranych przez siły z zagranicy, m.in. przez indyjskiego szpiega złapanego właśnie w Beludżystanie.
Protesty na ulicach Islamabadu w związku z egzekucją człowieka, który zabił pewnego gubernatora, który bronił pewnej kobiety oskarżonej o bluźnierstwo przez kłótnię z inną kobietą o miskę wody.
Wizyta Rouhaniego, prezydenta Iranu, podczas której przypieczętowano decyzję o dokończeniu gazociągu Iran>Pak. Arabia Saudyjska oczekuje, że Pakistan się określi, z kim trzyma i czy aby na pewno z Iranem.
Mecz w krykieta między Pakistanem a Indiami, jako sygnał odwilży. News o tym, że szpieg indyjski dostał się do Beludżystanu przez Iran. Iran twierdzi, że nic o tym nie wie. Indie żądają, by Iran określił się z kim trzyma, więc znów napięta sytuacja Paku-Indie... no i jeszcze Chiny.
Tak, Chiny też są tu mocno obecne - marzy im się autostrada przez Himalaje i Beludżystan, by umożliwić szybszy załadunek kontenerów Made in china na statki, co popłyną w siną dal. Ale co z tymi Talibami na granicy z Afganistanem? Pakistan podejmuje kolejne operacje przeciwko ekstremistom i zachęca Chiny do inwestycji również w Pundżabie licząc na załagodzenie w ten sposób kryzysu energetycznego. uf.

Próbuję zrozumieć ten skomplikowany obraz, złożony z elementów wzajemnie ze sobą połączonych. Widzę w tym balansowanie pomiędzy dwoma siłami decydującymi o kształcie Pakistanu i próbę ich pogodzenia - liberalnej demokracji i szariatu. Widzę szukanie sprzymierzeńców w świecie, gdzie twój przyjaciel nie jest moim przyjacielem. A pomiędzy tym wszystkim - próbę zapewnienia mieszkańcom i mieszkankom bezpieczeństwa, dostępu do energii, żywności i edukacji i szukanie drogi do rozwoju pomimo wielkich funduszy wykładanych na militaria. Trochę podziw. Mnie zmęczyło samo pisanie tego posta. Co dopiero bycie w tym na co dzień i podejmowanie decyzji w imieniu 180 milionów tak różnych osób. Szacunek.

I znów zasoby Muzeum w Lahore przychodzą z pomocą, by móc
wizualnie odnieść się do treści posta. Zestaw znaczków,
obrazujących ważne polityczne kwestie, którymi Pakistan żył na przestrzeni
ostatnich dziesięcioleci i wciąż nimi żyje.