czwartek, 31 marca 2016

Co w trawie piszczy

Codziennie robimy prasówkę przeglądając newsy na tribune.com.pk i aljazeerze, czytając Dawn podkradziony z hostelu, w którym się zatrzymaliśmy czy rozszyfrowując artykuły z gazet, na których podają nam tłuste parathy i roti w ulicznych restauracjach.

A w gazetach...
Zamach w Lahore przeprowadzony przez pakistańskich Talibów, wspieranych przez siły z zagranicy, m.in. przez indyjskiego szpiega złapanego właśnie w Beludżystanie.
Protesty na ulicach Islamabadu w związku z egzekucją człowieka, który zabił pewnego gubernatora, który bronił pewnej kobiety oskarżonej o bluźnierstwo przez kłótnię z inną kobietą o miskę wody.
Wizyta Rouhaniego, prezydenta Iranu, podczas której przypieczętowano decyzję o dokończeniu gazociągu Iran>Pak. Arabia Saudyjska oczekuje, że Pakistan się określi, z kim trzyma i czy aby na pewno z Iranem.
Mecz w krykieta między Pakistanem a Indiami, jako sygnał odwilży. News o tym, że szpieg indyjski dostał się do Beludżystanu przez Iran. Iran twierdzi, że nic o tym nie wie. Indie żądają, by Iran określił się z kim trzyma, więc znów napięta sytuacja Paku-Indie... no i jeszcze Chiny.
Tak, Chiny też są tu mocno obecne - marzy im się autostrada przez Himalaje i Beludżystan, by umożliwić szybszy załadunek kontenerów Made in china na statki, co popłyną w siną dal. Ale co z tymi Talibami na granicy z Afganistanem? Pakistan podejmuje kolejne operacje przeciwko ekstremistom i zachęca Chiny do inwestycji również w Pundżabie licząc na załagodzenie w ten sposób kryzysu energetycznego. uf.

Próbuję zrozumieć ten skomplikowany obraz, złożony z elementów wzajemnie ze sobą połączonych. Widzę w tym balansowanie pomiędzy dwoma siłami decydującymi o kształcie Pakistanu i próbę ich pogodzenia - liberalnej demokracji i szariatu. Widzę szukanie sprzymierzeńców w świecie, gdzie twój przyjaciel nie jest moim przyjacielem. A pomiędzy tym wszystkim - próbę zapewnienia mieszkańcom i mieszkankom bezpieczeństwa, dostępu do energii, żywności i edukacji i szukanie drogi do rozwoju pomimo wielkich funduszy wykładanych na militaria. Trochę podziw. Mnie zmęczyło samo pisanie tego posta. Co dopiero bycie w tym na co dzień i podejmowanie decyzji w imieniu 180 milionów tak różnych osób. Szacunek.

I znów zasoby Muzeum w Lahore przychodzą z pomocą, by móc
wizualnie odnieść się do treści posta. Zestaw znaczków,
obrazujących ważne polityczne kwestie, którymi Pakistan żył na przestrzeni
ostatnich dziesięcioleci i wciąż nimi żyje. 

środa, 30 marca 2016

Największe słońce i najgłębszy cień

Pierwszy spacer ulicami Lahore odbyliśmy w ekstazie. Trudno mi było uchwycić, co jest takiego genialnego w tym mieście, ale zdecydowanie to było to! Może zadziałał efekt wypuszczenia ze złotej klatki? Po raz pierwszy w Pakistanie mogliśmy w końcu swobodnie się poruszać. Zatrzymywać się w miejscach, które przykuły naszą uwagę. Zmieniać tempo spaceru, kiedy mieliśmy na to ochotę. Korzystać z mapy i samodzielnie wytyczać trasę.

Myślę jednak, że było w tym coś znacznie więcej:
Nostalgiczne wspomnienia z Kampali. Szerokie, ciepłe ulice, palmy i drzewa, których nazw nie znam, krajobraz mieniący się kolorami błękitu, zieleni i ceglanej czerwieni... mnóstwo motorów i hałas, który nie przytłacza a dodaje mocy.



Zachłyśnięcie się architekturą łączącą wpływy brytyjskie z lokalną stylistyką. Widziałam miasta, które odrzuciły swoje kolonialne oblicza - w Melakce serce miasta bije dzisiaj gdzieś indziej, stare pozostałości kolonialnej architektury smutnie niszczeją. W Lahore poczułam, że budynki i cała symbolika związana z ich powstaniem została przejęta przez niepodległy Pakistan. Budynki tętnią drugim życiem, są zadbane. Dorasta i kształci się w ich wnętrzach kolejne pokolenie Paku.


Kontrast z surowością Iranu. Tutaj też Islam kształtuje fonosferę i oblicze miasta, dyktuje sposób ubioru... robi to jednak z większym luzem, z wyczuciem koloru a nawet z przymróżeniem oka, gdy pstrokate chusty zsuwają się na ramiona lub ich wcale nie ma.


Posmak Indii, których jeszcze nie znam, ale które już mogę sobie dokładniej wyobrazić.



... no i jastrzębie. Krążą nad miastem w stadach. Są mniejszymi i większymi czarnymi punkcikami na niebie ponad Lahore. Czasami nurkują w dół w kierunku chodników. Uczynni ludzie zostawiają im surowe mięso, którym się żywią. Widok polującego ptaka 2 metry od ciebie - bezcenny.



Drugi spacer, kolejnego dnia, dla równowagi dostarczył całkowicie odmiennych doświadczeń. Nagle czuję pył w nosie, gardle, w oczach. Słyszę wszystkie klaksony, daję słowo, słyszę ich więcej niż poprzedniego dnia, narastają, uszy bolą. Widzę zmęczenie osiołków, które dreptają ulicami pomiędzy auto-rikszami i motorami, ciągnąc wozy z ciężarami, dysząc ze zmęczenia. Uderzają mnie kontrasty, piękne ubiory przeplatają się z łachmanami, ręce wyciągnięte w geście powitania i ręce żebrzące, zapach kwitnących drzew i rozkładających się śmieci, tak dużo śmieci. Gdzie były wczoraj? Upadek z wysokości bardziej boli. A może to po prostu różnica temperatur. Wczoraj było chłodniej, dzisiaj typowo - 34 stopnie.

To nie Witkacy, ale jedno z malowideł, które przykuły moją uwagę
podczas wizyty w tutejszym muzeum.
Tak, chyba tak właśnie się tu czuję,
ten obraz idealnie to uchwycił ;)

Talism-e-Hosh Rubba, autor: Allah Bakhsh, zbiory Muzeum w Lahore

Próbuję zrozumieć to miasto i przebić się przez moje subiektywne wrażenia do sedna. Stąd tyle znaków zapytania. Zdecydowanie to najbardziej fascynujące miejsce spotkane podczas tej podróży. You are never born until you visit Lahore (tłum. Nie narodzisz się, póki nie odwiedzisz Lahore). To powiedzenie pakistańskie zmieniłabym na - Umrzeć i narodzić się na nowo - tylko w Lahore

wtorek, 29 marca 2016

Lahore budzi się do życia

Jesteśmy w Lahore. Na drugi dzień po zamachu. Nie wiem, czego oczekiwałam. Miasta pogrążonego w ciszy? Smutku na twarzach ludzi? Rozmów rozpoczynających się od wymiany uwag dot. wybuchu? Paraliżującego strachu wyczuwanego w każdym podmuchu wiatru?
Niczego z powyższych nie zanotowałam. Próbuję to zrozumieć i złagodzić dysonans poznawczy.

W telewizji widzę dramatyczne obrazy. W gazetach czytam artykuły emocjonalnie opisujące wydarzenia niedzielnego wieczora - pełne oburzenia, kategoryczne, krytyczne. To emfatyczne rozgoryczenie nie ujawnia się na poziomie tego, czym dzielą się ludzie w osobistych rozmowach. Nie ma tematu. A jeśli dopytujemy o sytuację, to słyszę "Lahore? Oh, it's safe!".

W mieście powiewają czarne flagi. Domyślam się, że upamiętniają ofiary. Przez kolejne trzy dni w Pakistanie trwa żałoba narodowa. Zamknięte są "atrakcje turystyczne" i niektóre parki. Tłumy na ulicach, korki na jezdni, masy na bazarach nie sprawiają jednak wrażenia kontemplacji straty. Show must go on. Pewnie przesadzam. Pewnie zbytnio to rozpamiętuję. Myślę teraz, że można odczuwać stratę jedną częścią serca, a drugą pompować energię w życie tu i teraz. Bez oglądania się wstecz. Bez poddawania się strachowi.

Pakistańska Komisja ds. Praw Człowieka właśnie opublikowała raport za 2015 rok. Odnotowano w nim 41% spadek ataków terrorystycznych w porównaniu z rokiem 2014. Warto też mieć i tę perspektywę. Sytuacja się poprawia. Choć gdy to piszę, to czuję absurdalonść/niestosowność tego stwierdzenia. Liczby rządzą się inną logiką niż emocje. 

poniedziałek, 28 marca 2016

Wczoraj w Lahore był zamach terrorystyczny

Kompletna zmiana nastroju. W mieście, które od lat uważane jest w Pakistanie za najbezpieczniejsze, wczoraj wieczorem zginęło 70 mam z dziećmi. W niedzielę wielkanocną. Nasz pierwotny plan zakładał przemknięcie Paku, by jak najszybciej znaleźć się w "spokojnym" Pundżabie i znów pudło. Możesz przez parę miesięcy śledzić wiadomości z regionu, by mieć rozeznanie w sytuacji a i tak na taki zwrot akcji się nie przygotujesz.

To w Beludżystanie znaleźliśmy spokój, mimo długiej i niespokojnej granicy z Afganistanem, gdzie w górach swoich pozycji bronią/bronili? Talibowie. Teraz granicę przekraczają uchodźcy afgańscy, którzy uciekają przed Talibami lub ludzie, którzy przez Pakistan chcą wyjechać dalej, do Iranu, za pracą. Policjanci z naszej eskorty zgodnie mówili, że teraz jest tu względnie spokojnie. Ślady po kulach na przednich szybach samochodów, którymi jechaliśmy, opowiadały nam inną historię, ale mam nadzieję to rzeczywiście już przeszłość.

W każdym razie strażnicy również byli przekonani, że w porównaniu z Beludżystanem, w Lahore nic się takiego poważnego nie dzieje. Zaiste, kto by przewidział, ze w świąteczny dzień znajdzie się osoba chętna by, wysadzić się w powietrze w parku rozrywki?

W takiej atmosferze wsiadamy w końcu do pociągu z Quetty do Lahore. To wydarzenie zatrzęsło naszymi dalszymi planami. Przez cały czas zakładaliśmy, że to w Lahore zadecydujemy, jak dalej będziemy podróżować. Chcieliśmy zobaczyć, jak się czujemy tam na miejscu i albo kontynuować poznawanie Paku albo udać się prosto do Indii (40 km dalej). Jednak przez to, że przez cały czas do tej pory w Pakistanie czuliśmy się świetnie (=pewnie, bezpiecznie), zakładałam, że tak szybko Pakistanu nie opuścimy. Teraz już nie jestem tego pewna. Sytuacja jest dynamiczna. Za 24 godzin będziemy w Lahore. Co tam nam podróż przyniesie?

Szczegóły praktyczne:
1. Podróż z Quetty do Lahore trwa jednak 27 godzin... W trakcie pociąg zatrzymuje się na wielu stacjach i można spokojnie wyskoczyć na zewnątrz i kupić ciepły dal i placek roti.
2. NOC można wyrobić nawet w 30 minut a szef "home office" (co to jest home office?) jest w stanie jednym telefonem "zatrzymać" pociąg, by poczekał na dwójkę dzieci we mgle, które dopiero wyrabiają sobie pozwolenie na podróż.
3. Przydaje się spokój wewnętrzny, pogodzenie się z każdym możliwym scenariuszem wydarzeń, delikatny uśmiech na twarzy i mimo wszystko pytanie się, czy nie da się tego szybciej załatwić. Bez dramatu. Da się. Czasami się nie da. Inshallah.

niedziela, 27 marca 2016

Wciąż jest inaczej niż nam się wydaje, że będzie

Jesteśmy wciąż (a może już?) w Quettcie. Podróż z Levis (pakistańską strażą graniczną) zajęła nam jednak dwa dni, a nie jeden. W międzyczasie nocowaliśmy w Danbaldin (1000 rupii za pokój 2-osobowy). Pierwsze 300 km przedwczoraj poszło sprawnie, wczoraj jednak było naprawdę ciężko. Zmiany pojazdów co kilkanaście kilometrów. Change, change, change. Kołowrotek w głowie.

Na początku podróży z Levies nawet miałam przytomny umysł i robiłam zdjęcia...

Czasami podróżowaliśmy obok kierowcy, czasami na pace. Na pace więcej widać. Teoretycznie zdjęcia lepiej wychodzą, ale wiatr zawiewał spaliny w naszą stronę. Prawie żadnych zdjęć więc nie zrobiłam. Bezsilnie patrzyłam na piękne pustynne pustkowia i małe wioski, które mijaliśmy po drodze, z charakterystycznymi pękatymi kominami cegielni i wstrzymywałam oddech, by jak najrzadziej wdychać spaliny diesla i mimo wszystko starałam się zapamiętać widoki, których uwiecznić aparatem nie miałam siły.

Przez parę minut to się sprawdza - ale wstrzymywanie oddechu przez parę godzin? W efekcie pewne fragmenty przemierzyliśmy jak w letargu, z półprzymkniętymi oczami, z chustami przy twarzy, bez świadomości, czy to jest 5, 10 czy 15 samochód, który nas wiezie.

Podczas przesiadek z jednej paki na drugą witało nas zawsze parę uśmiechniętych twarzy. Część to byli policjanci, którzy właśnie nas wieźli, część to ci, którzy właśnie nas zabiorą, pozostali to ci, którzy pracują na danym check poście i po prostu są tu, by popatrzeć, lub nas wylegitymować. Na początku pamiętałam, komu należy powiedzieć szukria w podziękowaniu, komu salam alejkum na przywitanie, z kim się pożegnać - hodafez! W momencie, gdy zmęczenie sięgnęło zenitu straciłam rozeznanie. Postacie zmieniały się jak w młynku, przesiadki były coraz częstsze, imiona strażników się poplątały, nowym osobom mówiłam do widzenia, ze "starymi znajomymi" witałam się na nowo. Pewnego rodzaju porażka towarzyska.

Czasami droga wyglądała tak...

...czasami tak...

...a czasami zupełnie nie dało się przejechać :)

Gdy wysiediliśmy w Quettcie na stacji kolejowej, by kupić bilet na pociąg i ja i Adam czuliśmy, jak drżą nam nogi i ręce. Po prostu ze zmęczenia. Bilet był droższy niż przewidywaliśmy (ok. 1200 rupii na osobę) - ktoś powinien to w końcu głośno powiedzieć: w internecie znajdziecie tylko przestarzałe informacje. Policja zawiozła nas do hotelu, gdzie myśleliśmy, że po prostu wypoczniemy i nabierzemy sił przed długą podróżą pociągową następnego dnia... ale było inaczej.

W Bloom Star (3000 rupii za pokój 2-osobowy, bez jedzenia) od obsługi hotelu dowiedzieliśmy się, że zostaniemy wpuszczeni do pociągu tylko z kwitkiem NOC. Znów research internetowy wprowadził nas w błąd - wcześniej znalazłam relacje osób, które jechały Quetta Express, bez tych administracyjnych ceregieli. Nie wiedzieliśmy, że jest to obecnie wymagane... Po drodze żaden z kilkudziesięciu policjantów/strażników granicznych też się nas o to nie pytał. Ciekawe, co myśleli policjanci, którzy pomogli nam kupić wczoraj bilety na pociąg i nawet się o NOC-u nie zająknęli.

Obecnie czekamy na decyzję - czy możemy wsiadać zaraz do pociągu (jest 8 rano, pociąg odjeżdża o 10). Czy mamy "kiblować" w pokoju hotelowym przez kolejną dobę lub dwie. Jest właśnie weekend, to wszystko komplikuje sprawę. To be continued. Już niczego nie przewiduję, po prostu płyniemy z prądem.

p.s. Dzisiaj nie wyjechaliśmy z Quetty. Nie udało się przeskoczyć biurokratyzmu. Kolejna szansa - jutro rano! Na szczęście sprawdza się rada Akbara (z Bam) - wiekowego człowieka, który prowadzi tam kultowy hostel, w którym nie dane nam było przenocować. Poszliśmy do niego po praktyczne wskazówki, jak podróżować przez Pakistan, ponieważ zatrzymują się u niego dziesiątki osób, które podobnie jak my przemierzają tę trasę. Ku mojemu zaskoczeniu nie powiedział nam nic konkretnego poza tym, byśmy mieli otwarte serca i to nam pomoże. Stosujemy się do tej porady (jeśli zmęczenie nie góruje nad naszymi instynktami) i czujemy, jak pomocni są ludzie dookoła i jak bardzo chcą nas chronić i bezpiecznie prowadzić do przodu. Wesołego Alleluja. 

czwartek, 24 marca 2016

Nuda

Tego się nie spodziewaliśmy. Plan na to, jak dostać się do Lahore, okazał się niemożliwy do wykonania. Coś musiało się zmienić w sytuacji w Beludżystanie i obecnie turyści nie mogą podróżować autobusami z Taftanu (na granicy) do Quetty (położonej 600 km dalej). A właśnie w ten sposób chcieliśmy się dostać do początkowej stacji Quetta Ekpress - pociągu, który w 24 godziny zawiezie nas do samego Lahore.

Po sprawnym przekroczeniu granicy Mir Javeh - Taftan zostaliśmy zaprowadzeni do kolejnego budynku, gdzie znów pokazywaliśmy paszporty, gdzie znów spisywano nasze dane i gdzie okazało się, że mamy w tym miejscu poczekać do kolejnego ranka. Kolejnego ranka. A była 12 popołudniu. Na początku potraktowaliśmy to jako żart - jako to? Autobus odjeżdża za trzy godziny, tutaj niedaleko, z placu głównego w Taftanie i my tam nie możemy po prostu pójść?

Miejsce, które niespodziewanie stało się dla nas guesthousem.
To tutaj po raz pierwszy skosztowaliśmy pysznego pakistańskiego żarcia :)

Wiedzieliśmy, że od granicy towarzyszyć będzie nam eskorta, ale z dotychczasowych relacji umieszczonych w internetcie wynikało, że policjant po prostu towarzyszy w podróży autobusem. Teraz okazuje się, że czekamy na to, by rano policja zawiozła nas do Quetty swoim samochodem. Dodatkowo będziemy musieli przenocować w Quettcie w hotelu i dopiero pojutrze wsiądziemy do pociągu. Przygoda, przygoda. Adam urodziny spędzi więc w przedziale pociągu ;)

Szczegóły logistyczne:
1. Ponoć w Zahedanie też jest pewne rondo, z którego odjeżdżają savaris (coś w rodzaju taksówek, w żółtym kolorze) do granicy z Pakistanem. Na nie nigdy nie dotarliśmy. Chcieliśmy do krańców Iranu dojechać minibusem. Ale na dworcu wszyscy zgodnie mówili, że tych minibusów nie ma (może ze względu na to, że akurat trafiliśmy na weekend?). Z dworca do granicy odjeżdżają za to savaris. Za kurs ponad 45 km zapłaciliśmy po targowaniu się 35.000 tumanów / osobę. Jest to ciut mniej niż to, co czytałam w relacjach ludzi z internetu i parę razy więcej niż to, co sugeruje przewodnik. Nie wiem, czy przepłaciliśmy, czy z sukcesem wynegocjowaliśmy dobrą cenę. Ważne, że w efekcie dojechaliśmy do granicy (z przygodami, bo taksówka się po drodze zepsuła i musieliśmy wracać do miasta i zmieniać auto. Nasze plecaki łatwo przenosić, ale jechaliśmy jeszcze z jednym panem, który wiózł ze sobą dwie butle gazowe, parę kartonów i żelazny wózek do przewożenia całego dobytku mocowany misternie na dachu... eh).

2. Warto mieć w zapasie trochę gotówki "na stracenie", by mieć swobodę w ustalaniu ceny z przewoźnikami. A jeśli transakcja nadspodziewanie dobrze wyjdzie, to po stronie pakistańskiej można wymienić wszystkie riale na rupie. Dolary też można tam wymienić. Kurs bez szału, ale jak na sytuację bez pola manewru - mogliśmy kupić kasę tylko od jednego pana - to całkiem spoko wyszło. 100 rupii za 1 dolara (tego dnia oficjalny kurs to było 104 rupie za 1 dolara). Gdy wymienia się większe nominały (+100) to kurs jest korzystniejszy.

3. Jedzenie! Słyszeliśmy tę poradę wcześniej i zgodnie z nią, choć trochę bez przekonania, kupiliśmy jedzenie na dwa dni przed przekroczeniem granicy. To była bardzo dobra decyzja. Gdyby wszystko potoczyło się zgodnie z naszym planem może i nie potrzebowalibyśmy tej wyprawki. Doświadczenie pokazało jednak, że nasz plan a rzeczywistość bardzo się różnią. I w rzeczywistości ten zapas jedzenia był zbawienny. Dlaczego? O tym w kolejnym odcinku ;)

środa, 23 marca 2016

Toczące się kamienie z górki

Przyjechaliśmy do Zahedanu, uf. Nie było to dla nas oczywiste, jak się tu dostaniemy i gdzie się zatrzymamy. Rano (jeszcze w Bam) w żołądku czułam lekki stres. Teraz, gdy już siedzimy w małym pokoiku małego hoteliku w centrum Zahedanu, z dobrym nastrojem wyczekuję jutra, kiedy wjedziemy do Pakistanu.

W Bamie próbowaliśmy ustalić, w jakim hotelu możemy się zatrzymać kolejnego dnia (czyli dzisiaj). Informacje z przewodnika były dość skąpe - trzy hotele: z czego jeden super drogi (ponad 70$ za pokój dla dwóch osób), a przy pozostałych adnotacja, że autorom LP i innym podróżnikom nie udało się znaleźć tam miejsca. Kiedyś obcokrajowcom w tanich hotelach pokoi nie wynajmowano - teraz na szczęście jest inaczej. Cieszymy się więc z najtańszego noclegu w hotelu podczas naszej podróży i przymykamy oko (czy raczej nos) na stęchły zapaszek z kibelka, którym przesiąknięty jest pokój. Mamy jednak mięciutkie, czyste koce, wiec koniec końców jest tutaj przyjemnie. Hotel nazywa się Bahar.

Taki widok z okna...

...a taki z ulicy w Zahedanie.

Rano, jeszcze przed wyruszeniem w kierunku Zahedanu, niepokojące również okazało się, że nie ma (już?) autobusów, które odjeżdżałyby z Bamowego dworca bezpośrednio do Zahedanu. Dowiedzieliśmy się jednak, że autobusy dalekodystansowe zatrzymują się na pewnym rondzie i można do nich po prostu wskoczyć na trasie. Wychodzi taniej, ale minus taki, że nigdy nie wiadomo, kiedy autobus będzie przejeżdżał przez miasto, więc należy założyć, że będzie się na tym rondku czekało przynajmniej godzinę.

Dzisiaj mieliśmy jednak farta, nie czekaliśmy ani minuty. Czasami w takich momentach czuję się jakbym grała w bardzo rzeczywistą przygodową grę komputerową. Chodzisz sobie po okolicy, zbierasz przedmioty i zagadujesz do ludzi i nigdy nie wiadomo, która z tych rzeczy lub konwersacji okaże się kluczowa dla przejścia do kolejnego levelu.

Teraz będzie taki fragment, który zapisałam głównie dla siebie, by sobie to w głowie poukładać, ale jak chcesz możesz przeczytać, może coś zrozumiesz. A może nie ;)

Próbuję odtworzyć łańcuch zdarzeń, który doprowadził nas do takiego pozytywnego rozwoju sytuacji, ale nie jestem w stanie odnaleźć "początku".

Czy ta pierwsza "dobra decyzja" to był pomysł, by poprosić panią recepcjonistkę w Bamie o zadzwonienie do wybranych hoteli w Zahedanie, by sprawdzić, czy nas przyjmą?

Czy może kluczowy był pomysł, by wymienić jeszcze na wszelki wypadek 20 dolców na riale i mieć spokojną głowę, że starczy nam na wszystkie ewentualne wpadki transportowe? W ten sposób spotkaliśmy się ponownie z przewodnikiem, którego poznaliśmy dzień wcześniej. Przez znajomego wymienił kasę, a potem podrzucił nas w odpowiednie miejsce na to tajemnicze rondo akurat w momencie, gdy stał na nim autobus do Zahedanu i jeszcze zdążył zadzwonić ponownie do "naszego" zahedańskiego hotelu i spisał listę innych - tańszych - hoteli, na wypadek gdyby hotel, w którym mieliśmy zaklepane miejsce okazał się za drogi (a okazał się za drogi).

Czy może kluczowe było tutaj stukanie do bram guesthouse'u Akbara w Bamie, gdy ten był na chwilkę zamknął swój dorobek i wyskoczył na miasto spotkać się z przyjaciółmi? Nie wiedzieliśmy, że to zamknięcie jest chwilowe i spędziliśmy co najmniej godzinę szukając innego miejsca, na które byłoby nas stać (w ten sposób trafiliśmy do hotelu, w którym była ta recepcjonistka, która wykonała potrzebne telefony, gdy nam się już skończyła kasa na irańskiej karcie, a hotel ten należał do sieci, która również ma swoje droższe i tańsze miejsca w Zahedanie i w jednym z nich właśnie jesteśmy).

Czy kluczowe było złapanie stopa dwa dni temu w drodze do Kerman, dzięki czemu poznaliśmy cudownego Mortezę i genialną Parvi, z którymi w drodze spędziliśmy w sumie dwa dni? To oni między innymi pomogli nam znaleźć hotel w Bam (Morteza stargował ok. 70 tumanów z wyjściowej ceny 170 za pokój trzyosobowy).

Czy w końcu znaczenie dla tego momentu, w którym jesteśmy obecnie, miało nocowanie u hosta w Kermanie, u którego również nocował inny Adam, który mówi w farsi, z którym spędziliśmy trzy dni i który w paru momentach skutecznie wykorzystywał swoją znajomość lokalnego języka? ...przede wszystkim podczas zwiedzania majestatycznej twierdzy Bam w efekcie czego dowiedział się, że Akbar Guesthouse wcale nie jest zamknięty i że możemy wieczorem tam wpaść, by wypytać się o potrzebne informacje związane z podróżą do Pakistanu? Miejsce to jest kultowym stopem dla osób, które tak jak my planują granicę irańsko-pakistańską przekroczyć lądem - a gdy już wpadliśmy do Akbara na wieczorną herbatę to spotkaliśmy tam Mohamada - przewodnika, który podrzucił nas na autobus.

Nie wiem, która z tych sytuacji okazała się kluczowa. Pewnie nie wymieniłam nawet większości zbiegów okoliczności, które sprawiły, że teraz oto tu jesteśmy, w dobrych nastrojach przed udaniem się w kolejne nieznane.

Szczegóły logistyczne:
1. W Bamie autobusy dalekodystansowe zatrzymują się na rondzie na obrzeżach miasta. Po prostu jadą przed siebie główną trasą Kerman-Bam-Zahedan i nie zjeżdżają do samego centrum Bamu. Ludzie ze swoimi tobołkami czekają przy stacji benzynowej po wschodniej stronie ronda w kierunku Zahedanu.
2. Inne tanie hotele w Zahedanie oprócz naszego Bahar to Amin i Kavir. Ten ostatni jest gdzieś oceniony w internecie jako miejsce diabelskie ;) Kit czy hit?
3. Monumentalna twierdza w Bam to wystarczający (i jedyny?) powód, by zatrzymać się tu na dłużej. Nawet po trzęsieniu ziemi przed paru laty ten kompleks budowli robi niesamowite wrażenie.

Cisza przed burzą... piaskową.